Lato się skończyło i wróciliśmy do domu. Czuję się tu trochę dziwnie –  tak jakbym wprowadzała się do nowego miejsca. Pół roku na działce to jednak długi czas. Fajnie zapełnić od nowa puste szafki, rozwiesić letnie trofea (czyt. chili i czosnek), ułożyć dynie po parapetach, uporządkować słoje ze świeżymi przyprawami, suszonymi latem w szopie. Kosze z zapasem jesiennych warzyw ledwie mieszczą się w kuchni, wszędzie pachnie latem. Dopiero tutaj w pełni czuć intensywny zapach świeżej papryki po przekrojeniu, na wsi nie zwraca się uwagi na takie rzeczy, bo one są tam naturalne. Jesień to dla mnie czas na porządkowanie spraw służbowych, papierkowe odgruzowisko oraz nadrabianie zaległości w pracy, czyli wszystkie te rzeczy o których człowiek nie chce pamiętać latem, a nie oszukujmy się – ja przez pół roku jestem trochę jak „turystka na nieustających wakacjach”. Czas przywitać się z rzeczywistością i przeprosić się z biurkiem.

hamak

Miejskie poranki

Przez pierwszy tydzień po przeprowadzce wstawaliśmy przed 6 rano, nawet gdy nie było trzeba. I co? I pustka dziwna – nie wiadomo co ze sobą zrobić. Ok, idziesz do kuchni i robisz kawę, ale zamiast iść z tym kubkiem na poranny obchód po ogrodzie z Fridzią – piesełem i dwiema kocicami, idziesz przed komputer. Od razu do pracy. Na wsi człowiek mógł się trochę przed pracą poszwędać najpierw.

jesień na wsi

Mieszkam w bloku bez widoku

Brakuje przestrzeni. Zwłaszcza, że dostaliśmy informację o planowanym remoncie strychu w najbliższym czasie z prośbą o zabranie z niego rzeczy w trybie natychmiastowym na okres prac remontowych. A gratów na strychu mamy sporo. Strych to nasz „dodatkowy metraż”, którego brakuje w mieszkaniu. Wczoraj większość tych gratów wylądowała w salonie, więc mieszkamy znowu na pudłach i pomiędzy pudłami. Hmmm, co niektórzy też między tymi pudłami muszą pracować. Pogoda za oknem wbrew pozorom pomaga, bo przy takiej psiej aurze, gdy zimno i pada, łatwiej mi znieść fakt, że jestem tu a nie jestem tam.

I tak ciężko uwierzyć, że jeszcze w sobotę paliliśmy grilla i jeździliśmy rowerami w krótkich spodenkach. A niebo było wtedy niebieskie…

mieszkanie w przyczepie