Gdy wszystko, czego potrzebujesz to pajda chleba z dżemem…

Mam takie jedno wspomnienie z dzieciństwa – dom dziadków z czerwonej cegły, z tyłu za domem ule, za nimi duży sad, na jego skraju kilka krzaków porzeczki, a wśród nich ten kłujący krzak, pod którym siedziałam ze skrzywioną buzią od testowania kwaśnych, niedojrzałych owoców – AGREST. Na wsi jak to na wsi – wszelkie owoce były przetwarzane na marmolady, soki i kompoty. W pamięć najbardziej zapadł mi dżem właśnie z agrestu. Cóż mogło być lepszego niż solidna pajda chleba posmarowana dżemem z agrestu, popijana szklanką mleka? Po latach, gdy po ulach nie ma już śladu, jakieś 50 metrów od miejsca tamtych krzewów owocowych posadziliśmy namiastkę sadu – trzy czereśnie, dwie śliwki, grusza, kilka porzeczek i agrest, na który się uparłam, że musi być i koniec. To nie ten sad, co w dawnych czasach, ale ile radości sprawiły nam pierwsze owoce z posadzonych drzewek i krzewów! Oczywiście od razu dorwałam się do agrestu, próbując odtworzyć smak z dzieciństwa.

dżem z agrestu

Przepis na dżem z agrestu:

3 kg agrestu

1,5 kilo cukru

nożyk

garnek z grubym dnem

drewniana łycha do mieszania

Najbardziej czasochłonnym zajęciem jest samo przygotowanie agrestu do dalszego przetwarzania, potem już leci jak z płatka. Owoce płuczemy i oczyszczamy z końcówek i szypułek, przy okazji nakłuwając każdy jeden owoc czubkiem nożyka, którym odcinamy szypułki. To zajęcie zaplanujmy sobie na czas, który chcemy spędzić np. na głębokiej analizie swojego życia 😉 lub innych przemyśleniach, o którym nie śniło się największym filozofom. Ponieważ czynność ta wymaga od nas również uwagi, nie pooglądamy w międzyczasie ulubionego serialu, chyba że w formie słuchowiska. Możemy też zorganizować „Goosberry party” i zaprosić kilku znajomych do pomocy, wtedy ta najgorsza „czarna robota” rozłoży się na kilka par rąk.

agrest

Relikty PRL- u, procedura smażenia i zawartość cukru w cukrze.

Oczyszczone owoce wrzucamy do garnka, w którym będziemy smażyć dżem. Ja zamiast garnka używam spodu od starego babcinego prodiża*, który nigdy mi się nie przypala więc jest idealnym naczyniem do produkcji przetworów.


*Wiesz co to kaseta magnetofonowa? Nie? No to pewnie nie wiesz też co to ten prodiż, prawda? 🙂 Już wyjaśniam – prodiż to urządzenie, które służyło do pieczenia ciast i mięsa zanim zaczęto używać piekarników na prąd. W dolnej części ładowało się towar do upieczenia, górna miała funkcję grzania, miała też okrągłe okienko, przez które można było zorientować się, czy placek już spłonął, czy jeszcze jest blady 😉


Do prodiża wchodzi mi 3 kilo agrestu, więc z takiej właśnie ilości dżem wyprodukowałam. Owoce zasypujemy cukrem, mieszamy, trochę rozgniatamy łyżką, żeby puściły sok i smażymy na malutkim ogniu. Użyłam 1,5 kilo cukru na 3 kg owoców, jednak radzę dodawać ten cukier stopniowo. Każdy ma inny poziom tolerancji słodkości, a owoce użyte przez nas też się będą różnić poziomem słodyczy. Agrest smażymy tak długo, aż będzie miał zadowalającą konsystencję, mieszając co jakiś czas. Mi zajęło to ok. 4 godzin (rozłożyłam smażenie na 2 dni – dwie godziny smażyłam dnia pierwszego, następnego kolejne dwie). Pamiętaj, że dżem zgęstnieje po ostudzeniu. Jeśli nie masz pewności, czy konsystencja jest ok, zrób tak: wsadź mały talerzyk do zamrażarki, wyjmij go gdy będzie porządnie schłodzony, kapnij na niego łyżeczkę dżemu i obserwuj – jeśli zetnie się i zrobi się gęsty jak dżem „sklepowy” oznacza to koniec stania za garem i mieszania. Dżem jest gotowy. Pozostaje nam przełożyć gorącą masę do wyparzonych słoiczków, zakręcić i postawić „do góry nogami”. Gdy ostygną, wynieść do piwnicy lub innego chłodnego miejsca, w którym przechowujemy przetwory.

dzem z agrestu

dżem z agrestu

dżem z agrestu

dżem z agrestu

dżem z agrestu