czyli kilka słów prawdy o życiu na wsi

Dzisiejszy wpis „sponsoruje” Agata, która zainspirowała mnie do napisania o dniu codziennym w stylu wiejskim. Agata przyjechała niedawno na chwilę urwać sobie truskawek i z miejsca wpadła w zachwyt: Jak tu fajnie masz, ptaszki ćwierkają, wyluzować się można, taki prawdziwy slow life!

Czyżby?

Zadumawszy się nad swoją sytuacją postanowiłam ogarnąć to wszystko do kupy, by następnie rozłożyć na czynniki pierwsze i chociaż jestem jedynie sezonowym wieśniakiem, to pewne obserwacje zdążyłam poczynić i wiejskie mundrości życiowe posiąść.

Dzień z życia sezonowego wieśniaka

Letnie poranki na wsi są piękne. Kot łasi mi się do łydki, pies cieszy mordę na mój widok, słońce świeci, kawa lepiej smakuje, biegnę przez rozświetlony słońcem ogród z koszykiem w ręku, beztrosko wrzucając do niego wyrośnięte bakłażany… WAKE UP!!!

Zacznijmy od początku – mój dzień wygląda mniej więcej tak: Letni poranek nie zaczyna się o 8-ej ani nawet o 7-ej, tylko wtedy kiedy kot po ciebie przyjdzie, żeby dać do zrozumienia że to już pora wstawania (zwykle okolice 6-ej). Lecę biegiem razem z futrzakiem nałożyć do miski żarcie, obok miski siedzi drugie głodne futro, a pod drzwiami od werandy czeka już na mnie rudy tłusty zwierz, którego trzeba wyprowadzić na kupę i siku jak miastowego, bo nie załatwi się bliżej niż kilometr od domu. W wyprowadzeniu Fridzi uczestniczą czynnie dwa koteły – Frusci Frusci i Bonzo, próbując ustanowić pierwszeństwo w hierarchii przechadzania się jak najbliżej pańciowej nogi. W locie chwytam kubek z kawą i kieruję się w kierunku ogrodu, żeby zrobić poranny obchód, za mną krok w krok podąża zwierzyna tropiąco – łowna.

koty na wsi

Na obchodzie zauważam, że po nocnych deszczach znowu jest pełno chwastów, a krzaki pomidorowe jakby zmieniły się w drzewka bonsai. Jednym łykiem dopijam kawę, śniadanie może później, bo trzeba iść w pole zanim zrobi się gorąco. Jest upał, ale trawa nadal mokra, nakładam więc szorty i gumiaki (ciekawe co by na to powiedziały fashion- blogerki), rękawice ogrodnicze, łapię wiadro z napisem „dziad can dance” i idę obrywać wilki w pomidorach. Kto nie wie co to wilk – w tym wpisie jest wyjaśnienie. Przy okazji zauważam, że wiązania z rajstop podczas wiatru poluzowały się i niektóre krzaki prawie leżą na ziemi, wracam się po sznurek….. W kieszeni coś wibruje – dzwoni telefon…

Och, zapomniałabym

Mam przecież również pracę. Zamaszystym, wyćwiczonym ruchem rzucam rękawicę na ziemię, wyjmuję komórkę z tylnej kieszeni spodenek i cierpliwie słucham rozmówcy, wpatrując się w białe punkciki na kapuście – czyżby to była mszyca kapuściana? Planowaną obróbkę zdjęć chyba przełożę na później, albo zrobię to wieczorem. Wilki najważniejsze.

gumiaki

Warzywa sobie same rosną wszędzie?

Nieprawda – sam to tylko rośnie biceps od noszenia konewek z wodą. Żeby mieć warzywa, trzeba o nie dbać. Najważniejsze czynności to:

Podlewanie – Cały ogród podlewamy deszczówką, którą łapiemy w deszczowe dni, jak sama nazwa wskazuje. Gdy nie pada, pomidory podlewamy raz na dwa dni, paprykę codziennie, resztę warzyw w zależności od ich potrzeb. Codziennie wieczorem, co najmniej pół godziny na to podlewanie trzeba przeznaczyć. Podlewamy konewkami, old school.

Dosadzanie – Gdy sałata wygląda jak z kwiaciarni, a nie z warzywniaka, gdy koperek nie nadaje się już do sypania po ziemniakach, a raczej do kiszenia ogórków, trzeba przerośnięte warzywa wyrwać i dosiać /dosadzić na to miejsce nowe. Trzeba też zaplanować kolejne zasiewy. Logistyka pełna gębą. Gdy wracam z porannego obchodu, mam już w głowie przygotowaną listę zadań do natychmiastowego wykonania.

Pielenie – Ten moment, gdy już namęczysz się jak dziki wół, żeby wyrwać chwasta, pole wygląda jak z katalogu marketu ogrodniczego, a twoje plecy w odcinku krzyżowo – lędźwiowym domagają się natychmiastowej rehabilitacji na ostrym dyżurze oddziału ortopedii i traumatologii. Chwilo, trwaj! Za kilka dni będzie powtórka z rozrywki, chwasty nie znikają na zawsze.

Stała obserwacja roślin – Czy nie chorują, czy nie mam żadnej konkurencji w postaci „dzikich konsumentów” tj. przędziorki czy mszyce. O właśnie, a propos konsumpcji…

Co na obiad?

Przeważnie wygląda to tak: biorę koszyk, idę na ogród i zbieram plony. Piękne, prawda? Potem zerkam w czeluść lodówki, dobieram pod zerwane warzywa resztę składników i produkuję coś jadalnego. W lipcu, kiedy jest fasolka szparagowa, którą uwielbiam od dziecka i jestem w stanie zjeść tyle ile jest w garnku, kwestia menu jest dla mnie prosta: Poniedziałek – fasolka szparagowa, wtorek – fasolka szparagowa, środa – fasolka szparagowa, czwartek – placki z cukinii z sosem czosnkowym (czosnek jest już duży, yeah), piątek – fasolka szparagowa….. No dobra, czasem jemy tez cukinię zapiekaną 😉 I mam też rarytasy niedostępne w sklepach np. kwiaty cukinii. Oczywiście żartuję z tym jadłospisem tygodniowym, choć z moim zafiksowaniem na punkcie szparagówki mogłoby tak w sumie być. Zakupy? Kartofle kupujemy od miejscowego rolnika, a na czwartkowym targu zaopatrzyć się można we wszystko, łącznie z łysymi kurami z Bangladeszu. Mając do dyspozycji kilogramy warzyw, trzeba również pomyśleć o nadwyżkach, czyli wszystkim co zostaje i zbywa. Zawsze ciężko było mi wyrzucać jedzenie i staram się go nie marnować, więc przetwarzam…

Przetwory

Konserwuję, marynuję, kiszę, suszę i mrożę – owe czynności wykonywane przez mnie kompulsywnie i z pasją zostały kiedyś zdiagnozowane przez Bobby’ego jako „syndrom gniazdownika”. Nic na to nie poradzę, taką już mam wadę fabryczną. Z drugiej strony – głodem przymierać w zimie nie będziemy.

Życie na wsi to relaks, wyciszenie i mnóstwo czasu na rozwój osobisty i duchowy.

Muzyka – tak, słucham dużo, w tylnej kieszeni roboczych spodni mam smartfona ze słuchawkami, słucham bardzo dużo podczas pielenia w polu. Książka? Tak, owszem, czytam pierwsze pół strony i śpię jak dziecko. I to by było na tyle 🙂

Hej, czekaj, bloga masz przecież!

No taaaak, zachciało ci się prowadzić bloga, to chociaż napisz coś z raz – dwa w tygodniu, zdjęcia przygotuj i opublikuj wszystko, a także daj znać w mediach społecznościowych, że istniejesz.

Slow lajf na pełnych obrotach

Jest już 21 gdy łapię się na tym, że nie usiadłam nawet na moment. Taaaak, slow life to mają może w Urzędzie Gminy w Fajsławicach (link do historii o mistrzach slow life’u), do mnie już bardziej pasuje Too fast too furious. Ja wcale nie marudzę, bo najwyraźniej lubię taki styl życia, skoro nadal wolę spać w przyczepie niż we własnym wygodnym łóżku.

życie na wsi

 

  • Łucja Maria

    Znamy to bardzo dobrze 🙂 Moim zdaniem to jest taki slow life w jakości (świeże powietrze, piękne widoki, bliskość natury, naturalne proste jedzenie z własnego ogródka itp.), ale nie w szybkości 😉 Po prostu mamy za mało „life’ów”, żeby je przeżyć „slow”.
    Ps. A poranki na wsi są najpiękniejsze, więc dziękować kotu pokornie. Kot zawsze ma rację.

    • Haha, dobrze podsumowane 🙂 A z kotem święta racja, one wiedzą najlepiej 😉