Pierwszy raz z muzyką Jeffa spotkałam się… na ślubie. Jakieś 10 lat temu robiłam zdjęcia podczas ceremonii ślubnej kolegi z pracy. Małe szkockie miasteczko, trzy szóstki w dacie, pan młody wystylizowany na gwiazdę rocka z lat 60 tych i ta muzyka z przenośnego odtwarzacza…. Ciary mnie przeszły po plecach.
Co to za nuta była? – zapytałam później.
Nie znasz? Żartujesz! Oburzył się Steve. Przecież musisz! I tym sposobem odkryłam Grace – jedyną studyjną płytę, jaką Jeff Buckley nagrał za życia. Kolejne były wydawane już po jego śmierci.
Niedawno, podobno podczas porządków w archiwach wytwórni, odnaleziono nieznane do tej pory nagrania – tak powstał album, który wypuszczono na rynek w ubiegłym tygodniu. Tą właśnie płytę, zamiast copiątkowej składankowej playlisty zaproponuję dziś do posłuchania.
W zasadzie większość utworów to covery ale… znowu miałam ciary. Czasami jeden facet + gitara to więcej niż cała orkiestra.

zdjęcie – Sony Music