Nie trzeba iść do lasu, żeby zjeść jagodę

Wystarczy kupić krzak i zasadzić go na działce. No, może dwa krzaki, a najlepiej 3 – wtedy lepiej owocują.

Lonicera caerulea var. kamtschatica

Zwana wiciokrzewem kamczackim, a przez niektórych hitem działkowca. Dlaczego? Że wiciokrzewem – tego nie wiem, pewnie dlatego, że jest odmianą wiciokrzewu, a hitem? Bo jest łatwa w uprawie, nie wymaga specjalnej opieki i nie ma wielkich wymagań. Dobrze znosi siarczyste mrozy, susze oraz wiosenne przymrozki. Rośnie nawet u mnie – to pierwszy owoc w sezonie, jaki udaje mi się zjeść prosto z krzaka, jeszcze przed truskawkami. Owocuje stopniowo – gdy jedne jagody obsypują się na ziemię, gotowe do zjedzenia, inne owoce na tym samym krzaku są jeszcze niedojrzałe. Dzięki temu można się cieszyć dłuższą chwilę jagodowym obżarstwem. Jagoda kamczacka to długowieczny krzew liściasty, podobno owocuje nawet 40 lat! Czy to prawda? Dam znać za jakieś 35 lat, bo dopiero 5 lat mam ją u siebie. uprawa jagoda kamczacka

Jagodowe dobro

Kilka słów o jagódkach. Mądre poradniki piszą, że owoce jagody kamczackiej zawierają ogromne ilości składników odżywczych. Jakich? Nie będę wnikać. Najważniejsze, że są to OGROMNE ilości. Kluczową właściwością dla mnie jest to, że są po prostu super smaczne 🙂 Przejdźmy więc do rzeczy.

3×1 czyli

konfitura z jagody kamczackiej

W tym roku wszystko przyszło wcześniej i w dużych ilościach. Mamy nawet wysyp czereśni i pierwszy raz zmuszeni byliśmy przystawić do drzewa drabinę, bo naprawdę jest co zrywać. Zaskoczyła też jagoda kamczacka – mamy dwa niewielkie krzaki, a jest taka klęska urodzaju, że nie nadążamy zjadać plonów na bieżąco. Do tej pory wychodziłam z założenia, że kamczatka rośnie po to, abym mogła posypywać nią swoje ulubione desery czerwcowe…

deser jagoda kamczacka

mój ulubiony czerwcowy deser – co roku to samo 🙂

Gdy pewnego ranka zerwałam ponad kilogram owoców, a to wcale nie był koniec moich zbiorów, doszłam do wniosku, że nie ma siły żebym cały ten towar narzuciła do miseczki na jogurt – prędzej zamienię się w gumisia niż dam radę to zjeść. Podobno można jagodę mrozić, ale nie lubię mrożonych owoców. I wtedy powstał niecny plan w głowie – a gdyby tak konfiturkę na zimę? Do słoiczka? Hę? Tak też uczyniłam i kierując się intuicją, poszłam w klasykę, czyli owoc + cukier, które to połączyłam w proporcjach następujących:

1 kg owoców + 1 szklanka cukru + 1 godzina smażenia

Ot, cała filozofia. Jagody wypłukałam i przesypałam do rondla, zasypałam cukrem i odstawiłam na pół godziny żeby puściły sok. Następnie na średnim ogniu, bardzo często mieszając, smażyłam konfiturę stojąc nad garem i pilnując żeby się nie przypaliło. Ten kto ma porządny gar z grubym dnem pewnie nie musi się o to martwić i mieszać co 5 sekund, ja niestety muszę. Być może kiedyś się dorobię takiego super gara do przetworów, póki co stanie nad garnkiem i mieszanie drewnianą łychą mogę zaliczyć do sezonowych wiejskich aktywności fizycznych wzmacniających chwyt i biceps.

Po około godzinie smażenia, powstałą konfiturę przelałam do wyparzonych słoiczków, zakręciłam i włala siwuple tusą… oto konfitura z jagody kamczackiej. Konfitur owocowych nigdy nie pasteryzuję, po prostu zakręcam słoiczki i czekam aż wieczko się wegnie do środka (Bob zabronił mi używać publicznie słowa „zawklęśnie”) ale jeśli się boisz, że się sczezną (to kolejne zakazane słowo) możesz je zapasteryzować.

Z kilograma jagód wyszło mi 0,7 litra konfitury.