przelicznik kuchenny

Czasem człowiek łapie takie fazy na siedzenie w garach, pieczenie i gotowanie z chęcią wyprodukowania czegoś jadalnego i zarazem smacznego. Fazy te nasilają się bardziej w okolicach weekendów oraz świąt. Wertujesz wtedy książki kucharskie, blogi kulinarne, babskie magazyny i bang! – oto znajdujesz przepis idealny! W dodatku w opisie podają, że czas przygotowania potrawy wynosi jedyne 20 minut – czyż to nie wspaniałe? Zachęcona/y optymistyczną wizją nakładasz fartucha i bierzesz sprawy w swoje ręce. Rozkładasz gazetę/książkę/smartfona na kuchennym blacie i przeglądasz idealny przepis po raz kolejny, żeby przygotować składniki. I wtedy zaczynają się schody. Nagle odkrywasz, że potrzebujesz 1 szklankę puree z dyni, podczas gdy masz akurat przygotowane idealnie odważone 200 gramowe porcje, zamrożone w sezonie. Poza tym autor przepisu zamiast podać gramaturę ryżu przed ugotowaniem, czepił się tych szklanek i podał lakoniczne: 1½ szklanki ugotowanego ryżu. No kto będzie upychał gorący, ugotowany ryż czy dynię po szklankach? Nerw cię już powoli łapie, ale bierzesz tą cholerną szklankę i łyżkami upychasz do niej ryż, przeklinając w niebogłosy tego, kto wymyślił taki nieludzki przelicznik. Ja ci już zostawię komcia na blogu, terrorystko! – odgrażasz się, uporczywie upychając ugotowaną papkę ryżową do kubka na kawę (bo niby jaka szklanka jest prawdziwa – czy ta, z której najczęściej piję herbatę, czy może ta designerska z uchem?). W międzyczaie na smartfon z otwartym przepisem spada niechcący łyżka dyniowej ciapy, mąka rozsypuje się na podłogę, a kuchnia wygląda jak scenografia do filmu postapo. Na dodatek z obiecanych 20 minut na wykonanie przepisu robi się 2 godziny, nawet jeśli przepis był banalny. Chyba, że masz człowieka na zmywaku, który pomyje te wszystkie brudne gary po odmierzaniu rozmaitych pulp.
Dziś, gdy po raz kolejny przy produkcji „najłatwiejszych i najszybszych ciasteczek” utknęłam przy pomiarach puree z dyni, podczas wciskania jej do kubka na kawę obiecałam sobie że robię to ostatni raz. Po co ja się tak męczę za każdym razem? Wyciągnę wagę, zmierzę i zważę to wszystko raz a porządnie, spiszę na kartce i następnym razem żadne „półtorej szlanki ugotowanej kaszy jaglanej” mnie nie zaskoczy. Ani nawet „szklanka startej marchewki”. Odmierzę sobie to w gramach jak czlowiek i po bólu. Oczywiście spisanie na kartce w moim przypadku oznacza posiadanie cennych informacji przez max 3 kolejne dni, zanim kartka się zawieruszy, profilaktycznie przygotowałam więc tabelkę – zapisujcie i korzystajcie –  logistyka kuchenna od razu nabierze nowej jakości 😉 Oprócz dręczących mnie pulp z dyni, wsadziłam do tabelki również klasyki typu mąka czy cukier, żeby nie szukać po internetach rzeczy oczywistych.

przelicznik kuchenny

Nie pytajcie mnie gdzie się podziało 60 gram kaszy po ugotowaniu bo nie wiem 🙂 Przysięgam, że nie zjadłam! Z fizyki byłam kiepska, więc nie wytłumaczę fachowo tego  paranormalnego zjawiska…


P.S. Nie wkurza Was, że przepisy przeważnie zaczynają się od magicznego: „Rozgrzej piekarnik do 200 stopni…” Czy tylko ze mnie jest taka łajza, że nigdy się nie wyrabiam z pomieszaniem wszystkich składników do czasu nagrzania piekarnika? 😀