Smakuje podobnie do zupek chińskich tylko lepiej :). Robi się jak błyskawica, pod warunkiem że macie na podorędziu bulion, najlepiej z kaczki. Następnym razem jak ugotujecie gar rosołu, odlejcie trochę, żeby wypróbować mojej chińskiej zupy.
Od razu się przyznam, że przepis wyszedł przypadkiem. Z kuchnią chińską mam „tyle wspólnego, co z Mercedesami” (cytując klasyka), co nie przeszkodziło mi w przygotowaniu zacnego posiłku inspirowanego błędami młodości (trochę się tych zupek chińskich zjadło). Zbuntowawszy się przeciwko jedzeniu klasycznego rosołu z kluchami przez trzeci dzień z kolei, zapragnęłam orientu. I wyciągnęłam z lodówki i szafek wszystko co skojarzyło mi się z orientalną zupą. Były to:

(oprócz ok. 1 litra rosołu z kaczki)
imbir świeży – spory kawałek
czosnek – 3 ząbki
kawałek selera korzeniowego
kawałek selera naciowego
sos sojowy – 2 łyżki
tajski sos rybny – 2 łyżki
chili (może być świeże, może być w proszku, może być suszone, ważne żeby zapiekło) – odrobina
goździki – 3 sztuki
anyż – 1 gwiazdka
pieprz – do smaku
kolendra świeża do posypania
makaron chow mein (ugotować tak jak na opakowaniu)

Procedura:
Podgrzać rosół, na patelnię z łezką oleju wrzucić kawałek selera korzeniowego, imbir (bez obierania ze skórki), czosnek, chwilę podsmażyć i wrzucić do garnka z zupą. Dodać resztę składników i przyprawy. Sprawdzić czy rosół ma odpowiednią moc (dodać chili, pieprz jeśli nie ma) i smak (dodać więcej sosu sojowego w razie potrzeby). Odstawić i odgrzać za kilka godzin, wtedy będzie lepszy, bo nabierze mocy i przejdzie aromatem przypraw. Podawać z makaronem chow main, posypać świeżą kolendrą.

Szczegółowa analiza receptury czyli historia resztek brazylijskiej polędwicy wołowej 😉
„Wyciągnęłam z lodówki wszystko co mi się skojarzyło…” Taaak wiem, brzmi to całkiem jak te kreatywne artykuły z lajfstajlowych portali, gdzie podpis: „Zabłyśnij i zrób obiad z lodówkowych resztek” kłuje w oczy pod gustownym zdjęciem z poradą w stylu „Chorizo z okręgu Salamanca zużyj do zapiekanki zanim się zepsuje, posyp resztkami sera Parmigiano Reggiano, który zawsze zalega ci w lodówce, przykryj bezglutenowymi nasionami chia, podaj tą zapiekankę z resztkami czarnej soczewicy z Hondurasu, która zaplątała się niechcący w odmętach spiżarki i zmielonymi orzechami macadamia zawiniętymi w polędwicę brazylijską wołową, która też zawsze ci zalega. Oczywiście orzechy z ekologicznej uprawy na Sulawesi, bezglutenowe i zalegające. Udekoruj resztkami malezyjskiej trawy cytrynowej zalegającej w piwnicy.”
No dobra, ponabijałam się, ale naprawdę tak się akurat składa, że wszystkie podane składniki prawie zawsze mam w lodówce. Sosu sojowego używam często, albowiem chwalę sobie wegańskie pasztety, a sos sojowy w kuchni roślinnej – wiadomo – umami smak itd. Tajski sos rybny – stoi w lodówce od końca lata, kiedy to patrząc ze zgrozą na pełen zagon kapusty pak choi, który wyrósł mi w ogrodzie, postanowiłam tą kapustę zutylizować produkując wietnamską kiszonkę a ‚la kimchi. Śmierdziało okrutnie w całym domu. Natką kolendry mogłabym za to sypać garściami. Mam tego cholerstwa pół zamrażarki (a w lecie pełną grządkę świeżej). Gwiazdka anyżu to z kolei pamiątka po pewnych świętach, kiedy to ambicjonalnie podeszłam do sytuacji i wymyśliłam, że zrobię pierniczki – 4 rodzaje + piernik staropolski dojrzewający. Od podstaw. Na bogato! Dla wszystkich. Hell yeah! Spędziwszy w garach kolejne dwa tygodnie, odechciało mi się takich pomysłów na kolejne 20 lat, choć pierniki były poświęcenia warte. Trauma świąteczna i gwiazdki anyżu pozostały. Imbir świeży zawsze mam w lodowce bo po prostu lubię i często używam. Tylko makaronu chow main nie ukrywam na bieżąco w kuchennych szafkach, jednak tak się złożyło, że niedawno rzucili w promocji do jednego z marketów i jak on mi się tu przydał! Wpasował się jak złoto w ten przepis.